Najlepsze dobranocki. Nostalgiczny przegląd wieczorynek

Gdzie się podziały tamte dobranocki? Kiedyś to były kreskówki! Chyba każdy, niezależnie od wieku, zmienia się czasem w takiego starego zrzędę, i zaczyna opowiadać, że kiedyś to było lepiej. Ale coś jest w tym, że dzisiejsze kreskówki z telewizji do nas jakoś nie trafiają, zaś na wspomnienie wieczorynek z dzieciństwa ogarnia nas nostalgia. A przecież możemy sympatię, którą je darzymy, przekazać następnemu pokoleniu i puścić czasem dzieciom dla odmiany którąś z tych starych, „naszych” bajek.

1. Smerfy

Smerfy do dziś cieszą się ogromną popularnością, ale nowe odsłony ich przygód, łączące w sobie film aktorski z komputerową animacją, nie mają w sobie ani odrobiny tego wdzięku, jaki miał stary, poczciwy, ręcznie animowany serial.

Karygodnym błędem było też przeniesienie w nowych filmach smerfów i Gargamela z ich naturalnego środowiska do współczesności, podczas gdy przecież ich własny świat, pełen czarnoksiężników, smoków i innych dziwów, był jednym z największych atutów tej dobranocki. Pobudzał dziecięcą wyobraźnię. Nigdy nie można było być pewnym, co przyniesie następny odcinek.

2. Gumisie

Skaczące misie w średniowiecznych realiach? Nie wiem, kto wpadł na taki dziwny pomysł, ale efekt okazał się nadspodziewanie dobry. Tak jak nadspodziewanie dobra jest piosenka na czołówce, która do dzisiaj nie chce mi wyjść z głowy.

Podobnie jak w przypadku „Smerfów”, tak i tutaj baśniowy świat pełen magii i niezwykłych stworzeń, sprawiał, że oglądało się to z rozdziawioną buzią. I któż nie chciał choć raz spróbować soku z gumijagód?

Spośród gumisiów najbardziej lubiłem poczciwego zrzędę Grafiego, ale nie da się ukryć, że prawdziwymi gwiazdami tej dobranocki byli książę Igthorn (AKA Księciunio) oraz jego wierny sługa i podnóżek Toadie.

3. Muminki

A nie, zaraz, tego małym dzieciom nie puszczajcie! To znaczy, jasne, starszakom jak najbardziej, bo „Muminki”, przenoszące na ekran niezwykły świat wykreowany przez fińską pisarkę Tove Jansson, oferują wiele porywających przygód. Ale przygody te bywają niebezpieczne i klimat nieraz robi się dość niepokojący.

Co będę się rozpisywał, pamiętacie Hatifnatów? A babcię Alicji? O Buce już nawet nie wspominam – maszkara połowę mojego pokolenia przyprawiła o traumę.

4. Nowe przygody Kubusia Puchatka

Ja wiem, wiem, niektórzy narzekają, że disnejowska wersja Puchatka wypada blado przy książkowej. W sumie jest w tym sporo racji. Ale w dzieciństwie nie przeszkadzało mi to jakoś śledzić z zajęciem przygód zwierzątek ze Stumilowego Lasu.

Nie mówiąc już o tym, że piosenka z czołówki jest nieziemsko chwytliwa. Mówcie sobie co chcecie, ale w ostatnich dekadach ubiegłego wieku spece z Disneya mieli niebywały dryg do czołówek.

5. Pszczółka Maja

A tu należy docenić walory edukacyjne. Człowiek jako dziecko śledził z zainteresowaniem przygody sympatycznej pszczółki, a niejako przy okazji dowiadywał się ciekawostek o owadach, roślinach i w ogóle otaczającej go przyrodzie.

Maja, Gucio, konik polny Filip, pajęczyca Tekla… Ależ ich człowiekowi po latach brakuje! Niby powstała nie tak dawno nowa wersja przygód Mai, tylko że to oczywiście – norma w dzisiejszych czasach – animacja komputerowa, więc wszystko wygląda jak z jakiejś gry i nijak się ma do wdzięku, jaki miała stara kreskówka.

Udostępnij