5 książek, które musisz przeczytać przed śmiercią. Subiektywna lista

No dobrze, pora zakasać rękawy i zrobić tę listę, nie sądzicie? Ale… pięć książek? Tylko pięć z całego zbioru światowej literatury powstałego w przeciągu tych wszystkich stuleci? Czy to w ogóle wykonalne, by wybrać tylko pięć powieści?

Bo dodać trzeba, że właśnie na powieściach się skupimy. W przeciwnym wypadku zadanie byłoby gdzieś tak o połowę łatwiejsze. Wrzuciłoby się „Biblię”, „Iliadę”, „Pana Tadeusza” i coś z Szekspira, na przykład „Hamleta” oraz „Romea i Julię”. I już, byłoby odhaczone. Ale powieści? Tu sprawa jest trudniejsza.
Ale nic to! Podejmiemy tę próbę.

Spróbuję ułożyć tę listę pod kątem szerszego grona czytelników. Bo widzicie, inaczej by ona wyglądała, gdybym miał napisać, do jakich książek ja sam wracałem w życiu najczęściej. Wtedy znalazłyby się na niej takie dzieła jak „Przygody Sindbada Żeglarza” Leśmiana, „Cyberiada” Lema, obie „Księgi Dżungli” Kiplinga czy „Ania z Zielonego Wzgórza” Montgomery (całkiem poważnie), a trudno mi uznać, by właśnie to były powieści, jakie każdy musi poznać przed śmiercią. Ale w takim razie jakie?
Oto powieści, które znać absolutnie trzeba i do których wraca się w życiu wielokrotnie, nawet po latach!

1. Władca Pierścieni – J. R. R. Tolkien

Trzytomowe dzieło Tolkiena stale pojawia się na czołowych miejscach wszelkich rankingów najlepszych i najważniejszych powieści wszech czasów. Więc proszę, jest i tutaj!

Co tu dużo gadać, ta wielowątkowa, monumentalna opowieść zachwyca coraz to nowe pokolenia, bo po prostu ma w sobie wszystko. Przygoda, przyjaźń, poświęcenie, wzruszenia, ból i cierpienie. Nie tylko każdy powinien to przeczytać, ale w dodatku większość czytelników do świata Śródziemia będzie wracać bez końca. Gwarantuję.

stara otwarta książka

2. Potop – Henryk Sienkiewicz

Ponieważ, jak już o tym pisałem, to lista powieści i nie mogę tu wrzucić naszej narodowej epopei, „Pana Tadeusza”, pojawiło się pytanie, czy mamy jakąś powieść, która mogłaby zająć jej miejsce. Powieść, którą każdy Polak powinien znać i czytywać regularnie?

Oczywiście nie musiałem nad tym długo myśleć. Wydaje mi się oczywiste, że naszym największym narodowym skarbem literackim jest „Trylogia” Sienkiewicza. A która jej część najlepiej nadaje się na tę listę? „Potop”, rzecz jasna. Bo choć osobiście najbardziej lubię „Ogniem i mieczem” (te ukraińskie klimaty i nieobecna w kolejnych częściach baśniowa aura), to jednak zdaję sobie sprawę, że mniej ta książka porywa i przemawia do patriotycznych uczuć Polaków (jako że obie strony przedstawionego w niej konfliktu mają swoje racje, a Kozacy zostali dość mocno pokrzywdzeni, nie możemy tu kibicować polskiej stronie tak bardzo, jak byśmy chcieli).

Co innego „Potop”. To on ma najbardziej wartką intrygę i najciekawszego bohatera, który z hulaki i drania przemienia się we wzór patriotycznych cnót, co zdecydowanie przemawia nam do wyobraźni. No i w wielu momentach (nie tylko przy oblężeniu Jasnej Góry) porywa to dzieło naszego narodowego ducha, dlatego z taką przyjemnością (i pewnym rodzajem dumy nawet) czytamy, jak Szwedzi dostają tęgiego łupnia. I dlatego tak chętnie się do tego wraca.

3. Alicja w Krainie Czarów – Lewis Carroll

Ciekawy przypadek książki, co do której do dziś nie ma zgody, czy jest bardziej dla dzieci czy dla dorosłych. I właśnie dlatego świetnie się nadaje, by wracać do niej wielokrotnie na przestrzeni lat. Inaczej bowiem czyta się to za dziecka, a całkiem inne treści odnajdujemy w „Alicji…” jako dorośli. W dzieciństwie urzeka nas niezwykłość Krainy Czarów, natomiast w starszym wieku naszą uwagę zwracają głównie rządzące nią absurdy, w których nieraz dostrzegamy, odbitą niczym w krzywym zwierciadle, rzeczywistość (jak choćby w przypadku scen procesu sądowego).

rząd starych książek na półce

4. Opowieść wigilijna – Charles Dickens

Myślicie, że skoro już wrzucam Dickensa, to mogłem dać coś napisanego z większym rozmachem? Jakiegoś, bo ja wiem, „Davida Copperfielda”? „Olivera Twista”? „Wielkie nadzieje”? „Klub Pickwicka”?
Tyko że, widzicie, dłuższe utwory Dickensa przynudzają. Proszę, nie bijcie! Naprawdę nie macie takiego wrażenia? Bo ja osobiście ledwo daję radę brnąć przez te opasłe tomiszcza (tylko „Wielkie nadzieje” mnie wciągnęły, choć i tam gdzieś w środku na jakiś czas utknąłem).

Co innego krótsze powieści tego autora, jak „Świerszcz za kominem” czy właśnie „Opowieść wigilijna”, którą właściwie można czytać co roku w świątecznym okresie i nie straci ona nic ze swej magii.
„Opowieść wigilijna” to zawsze miód na serce czytelnika. Sprawia, że w ten zimowy czas robi nam się ciepło. Przypomina o tym, co najważniejsze – o potrzebie dostrzegania ludzi w tych, którzy nas otaczają. I że nigdy nie jest za późno, by się zmienić. A jest to przesłanie tak pokrzepiające, że naprawdę chce się do tego wracać.

5. Anna Karenina – Lew Tołstoj

Wszyscy znają, wszyscy kochają, wszyscy się zaczytują. Prawda?
No dobrze, tak szczerze, to moje relacje z tą książką zaliczają się do trudnych związków, nad którymi trzeba pracować, a jednak czerpie się z nich satysfakcję. Bo w tej nieprawdopodobnie grubej cegle są obszerne partie tekstu, które utrudniają lekturę i zdają się nic nie wnosić. Ot, kilka rozdziałów z opisem polowania, kilka z opisem jakichś wyborów – czyżby Tołstoj miał płacone od strony i dlatego rozpychał swoją powieść przy użyciu takich „wypełniaczy”? Nie wiem.

Prawdą jest jednak, że mimo tych zniechęcających fragmentów powieść ma w sobie coś magnetycznego, co przyciąga mnie do niej konsekwentnie z powrotem. A biorąc pod uwagę jej stałą obecność we wszelkiego rodzaju czytelniczych rankingach, nie jestem chyba w tych odczuciach osamotniony.

Tak wiele książek do przeczytania, a życie takie krótkie! Nie traćcie więc czasu na czytanie takich list, jak ta tutaj, tylko bierzcie się za powieści i zatopcie w lekturze. Tylko ostrożnie – to uzależnia!

Udostępnij