Jeżeli znudziło Ci się oglądanie Mody na Sukces, to trafiłeś idealnie. Ja sama w pewnym momencie miałam już dość wszystkich zachodnich produkcji, które czasem tworzone są bez żadnego polotu na jedno kopyto. Dlaczego by więc nie zainteresować się kulturą Wschodu? Japonia, Tajwan, Korea Południowa – to kraje, które są istnymi mistrzami w tworzeniu azjatyckich seriali, zwanych inaczej dramami.
Czy warto? Sądzę, że to pytanie retoryczne. Poszerzanie horyzontów zawsze się opłaca. W końcu uda Ci się odróżnić Japończyka od Chińczyka i Koreańczyka, a to dość znaczne osiągnięcie. Zaczniesz wyłapywać także podstawowe zwroty w tych jakże orientalnych językach. Poznasz ich zwyczaje, jakże odmienne od naszych zachodnich – sposoby wyrażania emocji, specyficzną etykietę, nieoczywiste gesty grzecznościowe.
Azjatyckie produkcje różnią się od zachodnich również tempem narracji. Dramat z Korei czy Japonii często operuje wolniejszym rozwojem akcji, pozwalając widzowi głębiej poznać motywacje bohaterów i subtelne przemiany ich charakterów. Dzięki temu odbiorca zyskuje czas na empatię i zrozumienie dla postaci, co w przypadku hollywoodzkich hitów bywa trudniejsze. Kolejna zaleta to format – większość azjatyckich seriali ma ustaloną liczbę odcinków (zwykle od 16 do 24), więc historia nie jest sztucznie rozciągana dla zysku producentów.
Sam widzisz, zalet jest więcej niż wad. Teraz pozostaje mi tylko polecić Ci najlepsze moim (jakże skromnym) zdaniem azjatyckie produkcje, które warto obejrzeć niezależnie od tego, czy dopiero zaczynasz przygodę z Dalekim Wschodem, czy już masz za sobą kilka tytułów.
Antologia grozy inspirowana lokalnymi wierzeniami
Serial azjatycki popularny w Polsce to Folklor, czyli antologia sześciu autonomicznych opowieści grozy. Każda z tych historii inspirowana jest dawnymi, lokalnymi wierzeniami, z kolei sama akcja rozgrywa się w czasach współczesnych (to bardzo charakterystyczny zabieg dla azjatyckiego kina grozy). Tym, co z pewnością wyróżnia Folklor, jest ogromna dbałość o szczegóły – każdy odcinek został nakręcony w języku oraz kraju, którego mitologię zgłębia, co jeszcze bardziej buduje atmosferę i napędza strach.
Historia rozgrywa się w Indonezji, Japonii, Korei, Malezji, Singapurze i Tajlandii. Każdy odcinek opiera się na autentycznych legendach i demonach, które od wieków stanowią część lokalnej tradycji ustnej. Producenci zadbali o to, by nie tylko scenariusz, ale także scenografia, kostiumy i muzyka oddawały specyfikę danej kultury. Dzięki temu widz nie ogląda kolejnej generycznej horrorowej opowieści, ale zanurza się w konkretne uniwersum mitologiczne, którego elementów nie spotka w żadnej innej produkcji.
Serial ten działa również jak edukacyjna podróż po Azji Południowo-Wschodniej. Po obejrzeniu wszystkich odcinków zrozumiesz, jak różnorodne są wierzenia ludów zamieszkujących ten region i dlaczego duch z Japonii inaczej terroryzuje żywych niż widmo z Tajlandii. To istna encyklopedia wierzeń z Dalekiego Wschodu, którą po prostu trzeba poznać.
Romantyczna walka biednej uczennicy z bogatymi tyranami
Wciąga niemiłosiernie, a przy tym ma w sobie sporo momentów, które wycisną z Ciebie morze łez. Składa się z dwóch sezonów oraz finału w formie ponad dwugodzinnego filmu.
Fabuła? Tsukushi Makino to biedna dziewczyna, chodząca do szkoły dla bogaczy. Niestety jak to w życiu bywa, w placówce tej wcale za różowo nie ma. Rządzi w niej bowiem czterech popularnych chłopaków, zwanych F4. Gdy tylko ktoś im podpadnie, otrzymuje on czerwoną kartkę i staje się obiektem prześladowań. Pewnego dnia to właśnie Tsukushi otrzymuje wątpliwą nominację i zaczyna być dręczona. Waleczna niewiasta nie poddaje się jednak i wypowiada wojnę słynnej i wpływowej grupie.
Co wyróżnia Hana Yori Dango na tle innych romansów? Przede wszystkim ewolucja relacji między bohaterami. Na początku Tsukushi i przywódca F4, Tsukasa Domyoji, są jak ogień i woda – ona go nie znosi za arogancję, on ją lekceważy za ubóstwo. Z czasem jednak okazuje się, że pod maską bezwzględnego bogacza kryje się ktoś, kto nigdy nie doświadczył prawdziwej miłości ani szczerości. Serial pokazuje, jak relacje zbudowane na konflikcie mogą przerodzić się w coś głębszego, jeśli obie strony zaczną patrzeć poza własne uprzedzenia.
Dodatkowy walor stanowi krytyka systemu klasowego. Hana Yori Dango nie gloryfikuje bogactwa – wręcz przeciwnie, ukazuje je jako coś, co często prowadzi do pustki emocjonalnej i izolacji. Rodzice Tsukasy traktują go jak inwestycję, a nie syna. Jego przyjaciele z F4 także mierzą się z własnymi traumami wynikającymi z presji rodzinnej. Dzięki temu serial wykracza poza schemat Kopciuszka i staje się refleksją nad ceną przywileju.
Co z tego wyniknie? Zobaczcie sami. Ps. Aby wczuć się w klimat, przesłuchaj:
Gospodyni, gburowaty aktor i niespodziewane ojcostwo
Aż mi się mokro w kącikach oczu zrobiło. Oh! My Lady to bowiem pierwsza azjatycka produkcja, z którą miałam do czynienia. Wspominam ją naprawdę ze sporym sentymentem.
O co chodzi? Yoon Kae Hwa stara się zdobyć stałą pracę, aby utrzymać siebie i swoją córeczkę. Przypadek sprawia, że zostaje gosposią Sung Min Woo – aktora, za którym szaleją wszystkie młode dziewczęta. Niestety Kae Hwa ciągle popełnia błędy, przez co gburowaty aktor próbuje się jej pozbyć. Jakby tego było mało, nagle w jego życiu zjawia się córka, o istnieniu której nie miał pojęcia…
Serial ten porusza temat samotnego rodzicielstwa w sposób rzadko spotykany w azjatyckich dramach. Kae Hwa jest rozwódką z dzieckiem – w koreańskim społeczeństwie to wciąż piętno, które utrudnia znalezienie pracy i akceptację ze strony otoczenia. Produkcja nie upiększa jej sytuacji – widać zmęczenie, brak środków, desperację. Jednocześnie bohaterka nie jest przedstawiana jako ofiara, ale jako kobieta pełna determinacji, która robi wszystko, by dać córce stabilność.
Z kolei Min Woo przechodzi transformację z narcystycznego gwiazdora w kogoś, kto uczy się odpowiedzialności i empatii. Pojawienie się córki zmusza go do przewartościowania priorytetów – kariera przestaje być jedynym celem, a status celebryty okazuje się niewystarczający, gdy trzeba zbudować prawdziwą więź z dzieckiem. Dzięki temu serial staje się opowieścią o dojrzewaniu emocjonalnym, nie tylko o romansie.
Włącz na You Tube:
Zamiana ciał, fantasy i niezapomniany bohater
Absolutny majstersztyk, zahaczający o gatunek fantasy. Na dodatek główny aktor to naprawdę niezłe ciacho (i wcale nie mówię tego, śliniąc się jak opętana do jego zdjęcia).
Pewnego dnia drogi Kim Joo Won (właściciela centrum handlowego) oraz Gil Ra Im (kaskaderki) się krzyżują. W wyniku nieporozumień oboje zamieniają się ciałami. Czy uda im się to odkręcić? Czy przyzwyczają się do ich nowych postaci? I co z tym wszystkim ma wspólnego zmarły ojciec Gil Ra Im?
Secret Garden wyróżnia się nietypowym podejściem do motywu body swap. Zamiany ciał nie służą tu tylko komediowym sytuacjom (choć tych nie brakuje), ale stają się narzędziem głębokiego poznania drugiej osoby. Joo Won, uwięziony w ciele kaskaderki, po raz pierwszy doświadcza fizycznego wysiłku i braku szacunku ze strony otoczenia. Ra Im, zamknięta w ciele milionera, mierzy się z presją utrzymania fasady doskonałości i obowiązkami biznesmena. Dzięki temu oboje uczą się empatii w sposób dosłowny – nie mogą już ignorować perspektywy drugiej strony.
Serial porusza także temat traumy i żałoby. Ojciec Ra Im zginął ratując kogoś podczas akcji gaśniczej, ale okoliczności jego śmierci są niejasne. Protagonistka przez lata próbuje dowiedzieć się prawdy, jednocześnie zmagając się z poczuciem winy i niedokończoną żałobą. Joo Won także nosi w sobie nierozliczone emocje związane z przeszłością, które stopniowo wychodzą na jaw. Dzięki temu Secret Garden staje się czymś więcej niż romansem – to opowieść o konfrontacji z własnymi demonami.
Weźcie ciasteczka w dłoń i oglądajcie z zapałem! Przy okazji warto uraczyć swoje uszka tą piękną nutą:
Cudeńko, doprawdy!

2 komentarze
mam bezrobotną koleżankę, wyślę jej linka. Lubi seriale, ostatnio opowiadała mi że jest wrząśnięta, że doktor Lubicz ma romans z Cesią…czy jakoś tak, ale to z polskich seriali 🙂
Odróżnienie Japończyka od Chińczyka to żadne tam osiągnięcie. Wiem, że to ma nawiązywać do opinii, że niby wszyscy Azjaci wyglądają tak samo, ale, że spytam, Europejczycy to niby nie? Odróżniacie po wyglądzie Polaka od Czecha czy Anglika, mądrale?